| Radvanice, czyli pecha ciÄ…g dalszy |
| Wpisany przez fufufufek |
| wtorek, 02 sierpnia 2011 21:17 |
|
Drugi start Lightspeedteam`u miał być odegraniem się za wpadkę w Horicach, jednak i tym razem pech nas nie opuścił. Wyjazd w czwartek po południu, bez problemów jednak po przejechaniu 100 km zaczeło lać i tak już do samych Radvanic. Dojechaliśmy na miejsce w nocy, na chwile przestało padać kiedy rozstawialiśmy namiot i chowaliśmy motocykle. W nocy słychać było tylko bębnienie kropel deszczu o dach kampera. Rankiem stwierdziliśmy że nasz namiot nie wytrzymał walki z deszczem i wiatrem przez co całkowicie się załamał, musieliśmy go wzmocnić gałęziami z okolicznych krzaków żeby jakoś się trzymał. W piątek okolo 15.00 przestało padać więc popędziliśmy na kontrolę techniczną i dopelnic formalności wpisowe. Swietna organizacja, doskonały dostęp do toalet, prysznic na wycięgnięcie ręki, wszystko świetnie tylko ten deszcz! No i wpisowe 1500 koron, najwyższa kwota jaką do tej pory płaciliśmy, jednak spowodowane jest to brakiem chojnych sponsorów (wiadomo kryzys) a nie chęcią zysku. Nasi koledzy Milan i Richard załoga sidecara Tamara 1000, uczestniczyli w organizacji całej tej imprezy i zapewniali że nikt z nich nie bieże za to złamanego grosza, byle tylko impreza się odbyła. Po wszystkim wizyty u znajomych, czeskie piwko i smażony ser z chranolkami. Popołudnie szybko mineło z nadzieją na lepszy dzień jutrzejszy. Jednak w nocy znów deszcz do samego rana. Na szczęście do czasu naszego pierwszego treningu przestało padać i jechaliśmy po w miarę suchym torze. Wszystko by było dobrze gdyby nie mój przerywający silnik, pojawiły się kłopoty z iskrownikiem który po nagrzaniu tracił iskrę ,( pożniej już w domu okazało się że dostała sie do niego woda).  Drugi trening podobmy do pierwszego tylko bylo bardziej sucho, zakwalifikowaliśmy sie do niedzielnego wyścigu i w dobrych nastrojach zabraliśmy się do inetegracji z innymi uczestnikami. Wybraliśmy się też do okolicznej resteuracji gdzie spróbowaliśmy miejscowego specjału o nazwie "grilowane kolano", okazało się to czymś w rodzaju naszej golonki z grila, jednak była o wiele większa, praktyczie cała świńska noga na drewnianej tacy. Oj musieliśmy się wspomóc kilkoma kuflami piwa żeby przełknąc taką dawkę pysznago mięsiwa. Daliśmy rade, smiech był dopiero kiedy okazało się że to było danie rodzinne a każdy z nas wepchnął w siebie całą porcję! Polak jednak potrafi;-). W wyśmienitych humorach udaliśmy się na spoczynek przed czekającym nas niedzielnym wyścigiem. Niestety rankiem znowu zaczeło lać, nie padać, to była regularna ulewa. Lało bez przerwy, organizatorzy puścili pierwszą grupę zawodników na 600 tkach, dalej pojechały Super mono. W sumie wystartowały może ze trzy grupy.  Zaczeliśmy się poważnie zastanawiać nad rezygnacja ze startu, nigdy nie startowaliśmy w takich warunakch a przy naszych umiejętnościach udział w wyścigu w tak ulewnym deszczu to niepotrzebne ryzyko. Czekaliśmy w kamperze na rozwiązanie sytuacji, albo przestanie padać, albo rezygnujemy z udziału. Rozwiązanie znalazło się jednak samo. Niestety nie była to przerwa w opadach. Sędziowie podjeli decyzję o odwołaniu reszty startów z powodu intensywnych opadów atmosferycznych. Nie pozostało nam nic innego jak pakować się do domu. Jak pech to pech.Pakujemy się w ulewnym deszczu i praktycznie całą drogę powrotną jedziemy w deszczu. Potop jakiś czy co? Jedno co dobre to zlokalizowaliśmy przyczynę problemów w BSA i postanowiliśmy zmienić zaplon iskrownikowy na pardziej pewny zapłon bateryjny. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Jesteśmy zwarci i gotowi do wyscigow klasyków na Nepomuckym Trojuhelniku 30-31.07. pozdr tom |
| Poprawiony: niedziela, 21 sierpnia 2011 23:08 |





