Czech Tourist Trophy Horice 2010
Wpisany przez fufufufek   
niedziela, 27 czerwca 2010 21:33

Musimy się pochwalić....

Udało nam się zrealizować pierwszą, najważniejszą część tegorocznego planu Light Speed Team - wystartowaliśmy i ukończyliśmy wyścigi Czech Tourist Trophy w Horicach. Poraz pierwszy pojawiła się na maszcie polska flaga :) - nie chwaląc się Light Speed Team to uczynił :).

Numery k59 i k67 to my.

Już jest nasza relacja z CTT  (kliknij poniżej więcej...) zalecana przeglądarka firefox (IE ma problemy)


 

Horice, Czech Tourist Trophy 2010

Czeska TT była pierwszym naszym celem wyznaczonym na ten sezon wyścigowy dla LightSpeedTeam. Miała to być „wprawka” do naszych dalszych planów w wyścigach motocykli klasycznych. Teraz tydzień po wyścigu, kiedy zdążyliśmy już ochłonąć, jestem w stanie dokładnie opisać, co się działo.
Wyjazd.
Jesteśmy na początku naszej wyścigowej drogi, więc pierwsze koty za płoty, jednak obawialiśmy się, jak to będzie na torze ze względu na bardzo małe doświadczenie w tym względzie, a jazda po ulicach ma niewiele wspólnego z jazdą po torze. Obawialiśmy się też o wytrzymałość naszych maszyn, w które włożyliśmy tak wiele pracy i czasu. Czy nie zawiodą czy nie narobimy sobie wstydu nieudanym startem a nasze skromne umiejętności pozwolą nam ukończyć wyścig na tak trudnym torze jak Horice? Czas miał dopiero pokazać.
Cały Team to znaczy ja, szwagier Szymon oraz „personel pomocniczy” wyruszył w czwartek w godzinach popołudniowych. Według planu czasowego podanego przez organizatora mieliśmy czas do godziny 23.00 Na pojawienie się na padoku w Horicach. Tak też nam się udało dojechać byliśmy punkt 23 myśleliśmy, że o tej porze padok będzie już zamknięty i będziemy spali w kamperze gdzieś na parkingu. Jednak ku naszemu całkowitemu zdziwieniu życie nocne na padoku kręciło się w najlepsze.Cały czas pojawiali się nowi zawodnicy jednak organizatorzy panowali nad wszystkim. Byliśmy chyba oczekiwani, ze względu na to, że byliśmy jedynymi nowymi uczestnikami (a tym bardziej że z Polski) o tak późnej porze powitał nas Szef imprezy, który pamiętał nawet nasze nazwiska. Bez problemu zajęliśmy miejsce parkingowe przy głównej alejce padoku. Ustawiliśmy kampera, rozładowaliśmy motocykle z przyczepy i rozstawiliśmy dla nich namiot. Po dokonaniu rozładunku pozwoliliśmy sobie na chwile wytchnienia przy jednym czeskim piwku na sen. My w związku z tym, że całe ta sytuacja była dla nas nowa i trochę się stresowaliśmy żeby nie strzelić jakiejś gafy, poszliśmy grzecznie spać, a impreza trwała nadal. Wszystko jednak odbywało się w naprawdę bardzo kulturalnej atmosferze mimo sporej ilości napojów wyskokowych wszelkiego gatunku. Po prostu spotkanie starych przyjaciół, w dosłownym słowa tego znaczeniu, ponieważ średnia wieku zawodników startujących w Czeskiej TT wynosiła grubo powyżej 60 lat. A my poważnie tę średnią zaniżaliśmy i jak to przystało na osoby „nieletnie” udaliśmy się grzecznie spać. Co by wypocząć przed atrakcjami dnia następnego.
przykładowi

Piątek.

Rano pobudka ok. 7. Wydawało się, że co niektórzy czekali na to aż wygrzebiemy się z kampera, aby zobaczyć nas na żywo i przywitać się jakbyśmy byli przybyszami, co najmniej z Marsa. Bardzo się ucieszyliśmy z tak miłego przyjęcia. Było nie było, byliśmy pierwszymi Polakami, którzy pojawili się na starcie w 19 letniej historii wyścigów motocykli w Horicach i również we wszystkich tego typu zawodach organizowanych w Europie. Jacy byliśmy dumni widząc Polską flagę, która po raz pierwszy pojawiła się obok innych na prostej startowej.
Rano musieliśmy dokonać rejestracji w biurze organizatora, dokonać opłat za uczestnictwo w wyścigach, odebrać transponder do pomiaru czasu przejazdu. Wszyscy byli nastawieni do nas bardzo przyjaźnie, poniekąd w związku z tym, że startowaliśmy z czeskimi licencjami, jako zawodnicy Automobilklubu Czeskiej Republiki. Cała rejestracja przebiegła bez najmniejszego problemu. Dalej czekała nas kontrola techniczna motocykli , której się trochę obawialiśmy ze względu na to, że nie wiedzieliśmy, czego dokładnie się spodziewać. Przygotowaliśmy nasze motocykle zgodnie z wymogami FIM/UEM, ale nie chcieliśmy być niedopuszczeni do startu z powodu jakiejś drobnostki. Jednak całość była jak najbardziej bezproblemowo i po przyklejeniu naklejek kontrolnych byliśmy gotowi do wzięcia udziału w treningach zaplanowanych na sobotę. Czas wolny wypełniliśmy zawieraniem nowych znajomości i degustacji naszej ulubionej czeskiej potrawy, czyli smażonego sera zakropionego oczywiście szklanicą miejscowego piwa. Do wieczora zacieśnialiśmy stosunki społeczne ze stałymi bywalcami tej tradycyjnej już imprezy. W godzinach wieczornych zaczęła dawać o sobie znać zmienna górska aura i zaczęły się najpierw przelotne opady a w nocy lało aż do czwartej nad ranem.

Sobota

Rano dla odmiany świeciło słońce tak wiec problem „mokrego” wyścigu przestał istnieć, co bardzo nas ucieszyło ze względu na całkowity brak doświadczenia w tym względzie. Temperatura mimo świecącego słońca oscylowała w granicach 15-17 stopni, co dawało idealny komfort podczas noszenia jednoczęściowego kombinezonu wymaganego do startu. Na sobotę zaplanowano po dwa treningi dla każdej z klas pojemnościowych i rocznikowych, każdy po 20min.Pierwszy trening był kubłem zimnej wody na moja głowę (nie wiem jak dla Szymona - dla mnie też, doznania podczas i po treningu nie miały nic wspólnego z przyjemnością). Cały start wydaje się tylko taki prosty jak nie bierze się w tym udziału tylko patrzy się z boku. Szczególnie, kiedy robi się to po raz pierwszy z taka ilością zawodników i na oczach takiej kupy ludzi, jaka odwiedza Horice podczas startów. Dla kogoś, kto ma za sobą kilka lub kilkanaście startów na tym torze, jego układ pozostaje w pamięci na zawsze.
nie było nam do śmiechu.
My jednak musieliśmy się dopiero tego uczyć i jednocześnie próbować dojechać do mety. Tor rzeczywiście okazał się bardzo trudny, jedynym poziomym odcinkiem trasy była prosta startowa, reszta toru to jeden długi zjazd potem cały czas pod górę po 5 zakrętach, znowu zjazd w zakrętach i znowu pod górę. Trzeba się do tego przyzwyczaić a szczególnie do zjazdu z góry na łeb na szyję z manetką gazu odkręconą do końca, a potem intensywne hamowanie i układanie się w ostry prawy zakręt. Szczególnie deprymujące jest to, że wszyscy inni albo cie wyprzedzają albo są już daleko z przodu, ale nic nie zastąpi doświadczenia, które my dopiero zaczynamy zdobywać. Po pierwszym treningu okazało się, że przedni hamulec w BSA, który jest współcześnie produkowaną repliką okazał się prawie nie nadawał się użycia w tak ciężkich warunkach, mizerna siła hamowania nie pozwalała na rozwinięcie skrzydeł. Poza tym pojawiły się problemy ze składem mieszanki i przepalającymi się świecami zapłonowymi. Po 3-4 okrążeniach motocykl tracił moc i zaczynał przerywać, jednak udało się ukończyć oba treningi (Zapomniałeś dodać: dzięki szybkiej i wprawnej interwencji szwagra.przy gaźniku besy) W Triumphie Szymon walczył z odkręcającymi się wydechami i pękniętym uchwytem tylniego błotnika. Wszystkie naprawy udało się wykonać na miejscu łącznie ze spawaniem aluminiowego uchwytu i nadspawaniem źle odlanych szczęk przedniego hamulca w BSA. Wszelkie i naprawy możliwe były dzięki organizatorom CTT, którzy zapewnili zaplecze warsztatowe w postaci wielkiego busa  wraz z obsługą (samochód interwencyjny VOLVO) wypełnionego po brzegi sprzętem do spawania TIG,MIG itp., wszelkiego rodzaju klucze, imadło i czego by dusza jeszcze pragnęła. Najciekawsze, że wszelkie usługi naprawcze wykonywane przez dwóch bardzo sympatycznych Panow Mechaników, były całkowicie darmowe. Po dokonaniu tych doraźnych napraw, wymianie świec i regulacji gaźnika, byliśmy gotowi do niedzielnego wyścigu.
walczę z luźnymi wydechami

Niedziela

Poranek w niedziele przywitał nas piękną pogodą, która zachęcała do wyjścia na tor i obserwowania startów kolejnych klas. Nasz start w klasie „K” zaplanowany był na sam koniec zmagań, więc mieliśmy sporo wolnego czasu. Nadszedł jednak i czas na nas. Wyjechaliśmy na okrążenie rozgrzewające maszyny, BSA sprawował się bardzo dobrze po regulacjach gaźnika jednak hamulec działał bardzo słabo, ale cieszyłem się, że w ogóle działa i mogę jechać. Ustawiliśmy się na polach startowych. Start do wyścigu następował z” pycha” na zgaszonych silnikach. Kilka minut do startu. 1 minuta. 30 sekund. Start. No i pech ten przeklęty hamulec zawiesił się i nie mogłem pchnąć motocykla do przodu żeby zapalił. Zobaczyłem Szymona i innych jadących już do przodu a ja nawet nie odpaliłem motocykla. Dopiero pomocna dłoń kogoś, kto pomagał pchać motocykl startujący za mną, pozwolił na uruchomienie silnika. Straciłem już kilka cennych sekund, więc nie pozostało mi nic innego jak starać się nadrobić stratę. Na szczęście nieudany start wyczerpał limit pecha i motocykl dalej jechał bardzo dobrze, tylko hamować musiałem trochę wcześniej niż bym chciał. Z każdym okrążeniem jechało się coraz lepiej, każdy kolejny zakręt wychodził lepiej od poprzedniego i nim się obejrzałem. Koniec wyścigu. Powiewająca na wietrze flaga z bialo-czarną szachownicą obwieściła koniec wyścigu.
A więc udało nam się! Wystartowaliśmy i udało nam się ukończyć Czeską TT! Dzień wcześniej rozmawiając z przesympatycznym Szwajcarem startującym na Jawie 500 OHC, dowiedzieliśmy się, że jeżeli w niedziele po skończonych startach zapakujemy siebie i maszyny w drogę powrotną do domu w jednym kawałku, to możemy się uważać za mistrzów świata. Tak też czuliśmy się po zjeździe do boksu. Zrealizowaliśmy nasz plam, Wystartowaliśmy i udało nam się ukończyć nasz pierwszy wyścig. Nie wszystkim to się udało z powodu usterek i kilku na szczęście niegroźnych wypadków. Liczył się dla nas osiągnięty cel i najważniejsze było, że chcemy robić to dalej i nic nie skłoni nas do rezygnacji z dalszych startów. Przy okazji poznaliśmy też wielu ludzi w można powiedzieć podeszłym już wieku, którzy jeżdżą na swoich motocyklach jakby ich gonił sam diabeł. Po prostu coś niesamowitego. Bardzo chciałbym się zestarzeć w ten sposób. Maszyn, z którymi się ścigaliśmy próżno by szukać w polskich garażach czy muzeach, a w Horicach mknęły one po torze ile fabryka dała i nikt ich nie oszczędzał, bo przecież do tego były stworzone. Nawiązane kontakty zaowocują w przyszłości(mam nadzieje), a już w niedzielę żegnając się z nowymi znajomymi mówiliśmy: Do zobaczenia w Terlicku…., Do zobaczenia w Brannej….
Podkreślić trzeba całkowicie profesjonalną organizacje imprezy. Wszystko działało jak świetnie wyregulowany mechanizm, a sami startujący byli niezwykle zdyscyplinowani. Nie było miejsca na wygłupy, wszyscy podchodzili do startu niezwykle poważnie jakby to było (na na prawdę było) prawdziwe Tourist Trophy.
Opuszczając Horice jakąś godzinę po zakończeniu wyścigów, prawie nie było widać śladów po imprezie wszystko zostało starannie i szybko uprzątnięte żeby całe miasteczko mogło wrócić do normalnego życia. Do Horic wrócimy na pewno za rok, a na razie do zobaczenia na Terlickim Okruhu!
Już za kilka dni będzie można pooglądać fotki z CTT w Galerii.
Pozdrawiemy LightSpeedTeam.
Poprawiony: czwartek, 13 stycznia 2011 19:38